Dzisiejszym wpisem być może narażę się zaglądającym tu fryzjerom... Ale co tam! O jednym z najkorzystniejszych zakupów w życiu.
Chciałabym Was zachęcić do popróbowania swoich sił w domowym fryzjerstwie. Nie ma się czego bać! U nas w domu rodzinnym było czymś całkiem naturalnym, że mama strzyże tatę, siostrę i mnie, a ja już jako dziecko odczuwałam dziwne ciągoty ku nożyczkom. Pamiętam, że kiedyś bardzo krzywo obcięłam sobie grzywkę, a potem siedziałam przy obiedzie ze spuszczoną głową, licząc na to, że nikt niczego nie zauważy. (I po cóż były mi studia - może trzeba było pójść w kierunku powołania - fryzjerki w okolicy zarabiają dużo więcej ode mnie i mają się dobrze.)
Wracając do historii. Mama miała nożyczki fryzjerskie ze Stadionu, kupione tanio od Rosjan. To był bardzo dobry sprzęt! Sekretem dobrych fryzjerskich nożyczek jest ostrość. Próba strzyżenia tępymi nożyczkami to nie tylko mierny efekt, ale przede wszystkim miażdżenie i niszczenie końcówek włosów. Myślę, że wiele osób próbuje przypadkowymi nożyczkami znalezionymi w szufladzie, z łatwym do przewidzenia efektem, czego skutkiem może być tylko zniechęcenie.
Wyprowadzając się zainwestowałam w proste, poręczne nożyczki Kiepe. Możecie je zobaczyć na zdjęciu. Kupiłam je w sklepie stacjonarnym w centrum Warszawy i dałam za nie kilkadziesiąt zł. (Profesjonalni fryzjerzy oczywiście kupują droższe nożyczki, nawet za kilka tysięcy, ale do domowego użytku naprawdę wystarczają tego rodzaju.) Są to nożyczki 6". Ponieważ przez wiele lat strzygłam się sama na krótko, to później dokupiłam jeszcze nożyczki ząbkowane - degażówki, również 6". Służą one do cieniowania włosów. Teraz noszę długie włosy, ale używam ich do cieniowania końcówek, grzywki itd. - generalnie tak pożądanego efektu włosów wyglądających jak spontanicznie rozrzucone siano. :) Obie pary są bardzo ostre i trzeba niesamowicie uważać na palce! Tu jeszcze mała uwaga dotycząca korzystania z nich. Nożyczek fryzjerskich nie wolno używać do niczego innego, żadnego przecinania opakowań, a zwłaszcza papieru. Są wbrew pozorom dość delikatne i powinny być używane tylko i wyłącznie do włosów. Najlepiej schować je dobrze przed przypadkowymi użytkownikami. ;)
Każdy, kto chodzi do fryzjera, może łatwo policzyć, jak szybko zakup nożyczek się zwrócił. Załóżmy, że przez 10 lat, bo mniej więcej tyle czasu nosiłam króciutką fryzurę, odwiedzałabym fryzjera co miesiąc. To daje 12 wizyt rocznie, tani fryzjer w naszej okolicy to około 30 zł. To daje 3600 zł. Biorą pod uwagę ceny warszawskie - byłoby jeszcze więcej.
Koszty psychiczne. Oczywiście nie zawsze byłam zadowolona z efektu swojej pracy... Ale - byłam też dość wyrozumiała dla siebie, a włosy mają to do siebie, że szybko odrastają. U fryzjerki byłam dwa razy w życiu, w tym raz jako dziecko, i też byłam niezadowolona. Zresztą uczyłam się na sobie jeszcze w czasach studiów, kiedy mogłam na głowie nosić, co chciałam. Z każdym strzyżeniem było bardziej i bardziej profesjonalnie. Strzygąc się sama mogłam na to poświęcić dużo czasu. A kiedy wyszło ładnie, odczuwałam olbrzymią satysfakcję. Strzygłam też wielu znajomych, czasem w pięknych plenerowych okolicznościach przyrody i egzotycznych miejscach. No i oczywiście Sahiba (do podanej powyżej oszczędności można doliczyć jeszcze kilka tysięcy).
Słówko o męskim strzyżeniu. Sahib ma mocno kręcone włosy, kiedy są długie, wyglądają jak afro. Przez kilka lat strzygłam go nożyczkami „na palec” (na długość palca), było to dość czasochłonne. Później kupiliśmy maszynkę Philipsa z trymerem. Koszt około 250-300 zł. Regulacja od zera do 21 mm. Maszynka jest świetna, strzyżenie ze zmiennymi długościami zajmuje parę minut i jeszcze parę minut na brodę (Sahib nosi brodę). Maszynki tej można też używać do cieniowania końcówek przy długich włosach - czasem z tego korzystam. Jedyna wada tej maszynki - słabo działa na akumulatorach. Mam wrażenie, że nożyki nie poruszają się dość szybko i „ciągną” włosy. Dlatego używamy jej na kablu. No i korzyść dodatkowa - jeśli będę miała kiedyś wełniste owce, to mam już wprawę w strzyżeniu w skali mikro. :)
Co tam jeszcze mam w podręcznym przyborniku, który możecie zobaczyć na zdjęciu? Jako osoba trochę zakręcona na punkcie fryzjerstwa w międzyczasie wzbogaciłam swój „salon” w takie elementy jak profesjonalna pelerynka fryzjerska (polecam, świetny śliski materiał, po którym ześlizgują się włosy), pędzle do nakładania farby, maleńki grzebyk i nożyczki do wąsów (zestaw za kilkanaście zł w supermarkecie).
A Wy strzyżecie się sami? Macie jakieś wypróbowane patenty i sprzęty? Czy wolicie u fryzjera?
Pozdrawiam wszystkich i życzę pięknych i udanych fryzur! Tofalaria http://tofalaria.blogspot.com/